Duch Barbary Radziwiłłówny

Przygotowując kolejny materiał do publikacji, zaczęłam się zastanawiać, kiedy zrozumiałam, że jestem osobą sensytywną. Że historie, które mi się przytrafiają, łączy nić ezoteryki. I że przeświadczenie o ich niezwykłości nie wiąże się z określoną interpretacją zdarzeń, ale z dojmującą realnością tego, czego doświadczałam i doświadczam.


Pochodzę z domu, w którym otwarcie rozmawiało się o duchach, zdolnościach parapsychicznych, życiu po śmierci… Jednak tematy te były poruszane tylko w gronie rodziny, nigdy poza nią. Tata zawsze prosił, bym o różnych przeżyciach nie wspominała koleżankom czy komukolwiek innemu. Teraz to rozumiem: obawiał się, że mogłabym być stygmatyzowana jako „dziwna”.


Dzisiaj, na szczęście, czasy się zmieniły i ludzie coraz odważniej dzielą się przeżyciami ezoterycznymi! (W moim domu zamiast słowa „ezoteryka” używało się określenia „duchowy wymiar świata”). I odpowiadając – sama sobie – na postawione wcześniej pytanie, muszę powiedzieć, że świadomość dotykania niezwykłego miałam od wczesnego dzieciństwa. Nie znałam wówczas pojęcia „sensytywny”, ale wiedziałam, że głęboko odbieram świat. A konkretne zdarzenie sprawiło, że już jako dziecko poczułam, iż należy zachować ostrożność, obcując z innym wymiarem!  I właśnie o tym chcę teraz opowiedzieć.


*


Miałam osiem lat. Byłam w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Przeniosłam się wraz z rodzicami do nowego mieszkania. Płynnie weszłam w nowe środowisko. Szybko zdobyłam nowych znajomych. Miałam wiele koleżanek i kolegów. Jednak najwięcej czasu spędzałam z moją imienniczką – Kasią. Uważałam ją za najlepszą koleżankę i korciło mnie, aby powiedzieć jej, że moja rodzina rozmawia o duchach, że moja babcia miała zdolności telekinezy, czym wywoływała popłoch wśród sąsiadów… Ale obiecałam tacie, że nikomu o tym nie powiem. Więc nie mówiłam. Odczuwałam to jednak jako brak szczerości wobec najbliższej mi wówczas osoby.


Zastanawiałam się, jak pokazać jej kawałek „mojego świata”. Okazja nadarzyła się sama… Rodzice wybierali się na czyjeś imieniny poza Gdańsk. Ponieważ mieli wrócić późno, a mój starszy brat wyjechał gdzieś z kolegami, zgodzili się, by Kasia u mnie nocowała. Byłam przeszczęśliwa, że w końcu pokażę jej coś, czego sama nie rozumiałam, ale co bardzo mnie bawiło… Od pierwszej klasy szkoły podstawowej z dużą łatwością wywoływałam duchy, które pokazywały się w lustrze. Nie wiem, czyje to były duchy ani jakie to były zjawy. Po prostu usłyszałam kiedyś, jak to się robi – i próbowałam. Zawsze mi się udawało. Nie wspominałam o tym rodzicom, bo czułam, że by tego nie pochwalali. Ale chciałam się podzielić tą tajemnicą z najlepszą koleżanką.


Wszystko starannie przygotowałam. Na podłodze w przedpokoju, gdzie mieliśmy duże lustro, ustawiłam zapalone świeczki. Podekscytowane, usiadłyśmy naprzeciwko lustra. Przez chwilę rozmawiałyśmy o tym, czyjego ducha będziemy wywoływały. Kasia bała się, że jeśli nie określimy dokładnie, kogo chcemy wezwać, to odwiedzi nas jakiś złośliwa zjawa. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, nawet nie pomyślałam, że może się wydarzyć coś złego. Ale jej słowa mnie przekonały.


A że na lekcji słyszałyśmy tego dnia o Barbarze Radziwiłłównie, zgodnie uznałyśmy, że to jej ducha wywołamy. Przez chwilę spierałyśmy się, czy będziemy ją wzywać per królowo czy inwokując wszystkie jej szlacheckie tytuły, ale ostatecznie stanęło na imieniu i nazwisku. Zgasiłyśmy światła w całym domu. Płomienie świec odbijały się w lustrze. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, pewnie podświadomie szykowałyśmy się na spotkanie. Zaczęłyśmy rytuał. Monotonnym głosem, wpatrując się w lustro, powtarzałyśmy imię i nazwisko królowej. Wpadłyśmy w trans.


Wyrwał nas z niego przeraźliwy dźwięk dzwonka telefonu! Obie, jak rażone piorunem, podskoczyłyśmy. W wątłym świetle świec, które rozlewało się po domu, dotarłyśmy do gabinetu mojego taty, gdzie stał aparat telefoniczny. Podniosłam słuchawkę i ułożyłam ją tak, żeby i Kasia mogła usłyszeć głos ze słuchawki. Byłam pewna, że dzwonią moi rodzice, aby zapytać, czy wszystko w porządku. Zanim się odezwałam, obie usłyszałyśmy dźwięk brzękających kielichów, śmiechy, oddalone głosy, jakby przytłumione odgłosy zabawy. Przekonana, że to rodzice dzwonią z imienin, zawołałam do słuchawki:


– Halo, halo, co tam u was słychać?


W odpowiedzi usłyszałyśmy brzęk szkła, a zza niego wynurzył się wyraźny kobiecy głos, który donośnie, w przeciągły sposób powiedział:


– Dooobryyy wieczóóóóórrr. Dlaczego mnie wezwałyście? Dlaczego burzycie móóóój spokój?


Kasia wczepiła mi się w plecy, ja rzuciłam słuchawkę na ziemię. Nie pamiętam, jak znalazłam włącznik światła. Zrobiło się jasno, jednak odgłosy uczty rozbrzmiewały w całym pokoju! Uciekłyśmy z niego i zaczęłyśmy zapalać światła w całym domu. Tymczasem odgłosy pobrzękujących kielichów i ten przeciągły głos rozlewały się po wszystkich pomieszczeniach! Wyraźne, wręcz natarczywe. Jakby Barbara Radziwiłłówna stała obok nas i pytała, po co ją przyzywamy, skoro nie umiemy odpowiedzieć na te proste pytania. Osaczone odgłosami i śmiechem, usiadłyśmy na podłodze, płacząc i zatykając sobie uszy. Choć byłam sparaliżowana strachem, poczułam, że muszę wstać! Przełamałam się i dotarłam do telefonu. Rzuciłam słuchawkę na widełki. Głosy umilkły.


Stałam rozdygotana, patrząc na telefon, i zastanawiałam się, dlaczego tak się przeraziłam. Przecież po to ją wywoływałyśmy, żeby przyszła! Żeby jej duch ukazał się nam w lustrze. Chciałam pokazać Kasi… Nagle zrozumiałam, że nie wolno tego robić!


Kasia nie nocowała u mnie. Kiedy rodzice wrócili, zastali nas siedzące pod kocem w rozświetlonym domu. Mój tata nie zadawał zbędnych pytań. Popatrzył na nas i pokiwał głową. Mama nas przytuliła. Odprowadzili Kasię do domu. Wiem, że nie powiedziała swoim rodzicom, co zaszło. Tylko długi czas mnie omijała. Nie chciała już być moją najlepszą koleżanką. To, co miało nas zbliżyć, oddaliło nas na zawsze.


Nigdy więcej nie wywoływałam duchów.



(placeholder)

M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A