Odpowiedź z zaświatów (część pierwsza)

W opowiadaniu zatytułowanym Kartka z Paryża opisałam, jak doszło do tego, że zajęłam się dokumentowaniem amerykańskich losów Leopolda Tyrmanda. Troje znajomych – Maciej, Paweł i ja – podjęło wyzwanie rzucone przez los. Paweł robił zdjęcia i opracowywał ikonografię fotograficzną, a Maciej i ja przeprowadzaliśmy wywiady i pisaliśmy teksty. Już od samego początku, trzymając w ręku tytułową kartkę z Paryża, czułam, że tworzenie tej książki będzie pełną tajemnic przygodą. I rzeczywiście tak się stało!


*


Materiały do biografii Leopolda Tyrmanda zbieraliśmy, mieszkając w Stanach. Praca nad pierwszą wersją książki zajęła nam trzy lata. Wszyscy mieliśmy też inne zajęcia, ale każdą wolną chwilę poświęcaliśmy na odtwarzanie historii amerykańskiego życia pisarza. A to oznaczało mnóstwo spotkań i sporo podróży. W czasie tych wyjazdów dotarliśmy do niemal wszystkich miejsc, w których Tyrmand mieszkał i pracował w USA. Na początku lat dziewięćdziesiątych żyło jeszcze sporo osób, które znały go osobiście i dobrze pamiętały…

Ta tytaniczna praca zwróciła się nam wielokrotnie. I nie chodzi o finanse, ale między innymi o to, że po kilku latach – dzięki temu, że tak dobrze znaliśmy temat – przemierzaliśmy Stany ponownie, tym razem z kamerą Telewizji Polskiej, robiąc dokument dla 1 Programu TVP. Poza tym, ciężko wspólnie pracując, świetnie się poznaliśmy i wiedzieliśmy, w jaki sposób traktujemy otaczający nas świat i ludzi, a to sprawiło, że… Ale nie uprzedzajmy wypadków!


Wróćmy do momentu ukończenia książki. Oboje z Maciejem wiedzieliśmy, że należy opublikować ją w Polsce. Wydawca znalazł się sam – współpracę zaproponowała nam dawna znajoma Tyrmanda. Wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy jako autorzy mieliśmy wydrukować ostateczną wersję książki, by wysłać maszynopis do wydawcy. Wybraliśmy się w tym celu do naszego wspólnego znajomego Rafała, który pracował w firmie na terenie Politechniki Gdańskiej. Rafał miał w pracy laserową drukarkę! W tamtych latach absolutny cud techniki! My mieliśmy drukarkę igłową i wiedzieliśmy, że wydruk prawie 400 stron zajmie nam całą noc, nie mówiąc już o liczbie potrzebnych pojemników z atramentem.


Umówiliśmy się z Rafałem późnym wieczorem. Przynieśliśmy dyskietki z naszym dziełem… Bardzo dobrze pamiętam tamten wieczór. Drukarka z monotonnym odgłosem wypuszczała kartkę za kartką, a we mnie kiełkowała pewność, że oto otwiera się przede mną zupełnie nowa perspektywa. Że po skończeniu studiów, zamiast na aplikację, wybiorę się drogę prowadzącą w zupełnie innym kierunku…


Pamiętam ciszę, jaka panowała w budynku spowitym nocną mgłą – przerywał ją jedynie miarowy szelest drukujących się stronic. A my, pijąc kolejną herbatę, rozmawialiśmy. Rafała ciekawiły nasze doświadczenia związane z pisaniem książki. Przez lata pracy nad biografią Tyrmanda nie zajmowaliśmy się plotkami. Nie podążaliśmy za sensacjami czy informacjami o jego romansach, choć wówczas książka prawdopodobnie byłaby poczytniejsza. Jednak nie taki mieliśmy cel. Oboje chcieliśmy pokazać emigracyjne życie barwnego człowieka i pisarza ważnego dla polskiej literatury. W pewnym momencie Rafał zapytał:


– Czy uważacie, że Tyrmandowi wasza książka by się podobała?


– Trudne pytanie… – odpowiedziałam. – Nasz bohater nie jest w niej wyidealizowany. Ale za to jestem pewna każdego zdania… Mam poczucie dobrze wykonanej pracy. Wraz z Maciejem włożyliśmy mnóstwo wysiłku w to, aby opisane historie zostały zweryfikowane i udokumentowane, i uczciwie przedstawione. Jak przystało na rzetelną biografię.


Nagle – może dwie, może trzy minuty po pytaniu Rafała – usłyszeliśmy zupełnie nowy dźwięk. Jakby ktoś przesuwał styropianem po szkle… Z drukarki zaczęły wychodzić strony zadrukowane jednolitym zygzakiem. Zanim Rafał zatrzymał sprzęt, w taki sposób wydrukowało się kilkanaście stron, jak się okazało, ostatnich stron książki. Rafał nie znał przyczyny dziwnego błędu laserowej drukarki, na dobrą sprawę taka sytuacja nie powinna się była wydarzyć. Ale się wydarzyła… Ja tymczasem wzięłam do rąk karki zapełnione zygzakami i znalazłam pierwszą z nich. Kiedy na nią spojrzałam, znałam już odpowiedź na pytanie, co stało się z drukarką.


Ostatni wydrukowany fragment brzmiał: „Spacerowali po zalanych słońcem bulwarach i kąpali się w ciepłym oceanie. Pogodny nastrój został gwałtownie przerwany. 19 marca 1985 roku Leopold Tyrmand nagle zasłabł. To był atak serca”… I tu – zamiast słów „Zawał okazał się śmiertelny” – zaczynał się zygzak! W pierwszym wydrukowanym przez nas maszynopisie nie ma słowa „śmierć”! Pokazałam tę kartkę Rafałowi i powiedziałam pewnym głosem:


– Oto i odpowiedź na twoje pytanie, Rafale. Tyrmandowi podoba się nasza książka! Jeśli sam wykreślił z niej słowo „śmierć”, to cieszy się, że powstała – właśnie taka, a nie inna! Nie uważasz?


– Jestem racjonalnym inżynierem i takie tłumaczenia do mnie nie przemawiają – odparł. – Jednak z drugiej strony muszę przyznać, że nie umiem wyjaśnić zachowania drukarki i tego zbiegu okoliczności – dodał.


Po kilkunastu minutach udało się wydrukować resztę brakujących stron. Tym razem bez przeszkód. Wtedy wybiła północ… Wychodziliśmy z budynku Politechniki, żywo dyskutując o możliwościach kontaktowania się różnych istot pomiędzy światami, zwłaszcza za pomocą dostępnej nam techniki. Znamy przecież tysiące relacji na ten temat. Mnie nie trzeba przekonywać. Zapisane zygzakami kartki dodatkowo utwierdzały mnie w tym przekonaniu…


*


Kilka lat później, już po powrocie do Polski, zaczęłam pracę w agencji filmowej na stanowisku redaktora programowego. To były czasy, kiedy TVP zamawiała u prywatnych producentów określone materiały. W tym dokumenty o pomijanych przez lata komuny ludziach i instytucjach. Pewnego dnia na liście zamówień z telewizji zobaczyłam pozycję „amerykańskie losy Leopolda Tyrmanda”. Ależ się ucieszyłam! Poszłam do szefa i oznajmiłam, że to zamówienie jest specjalnie dla mnie. Wtedy też mu powiedziałam, że jestem współautorką amerykańskiej biografii pisarza.


– W takim razie scenariusz masz prawie gotowy! – ucieszył się.


– Oczywiście – odpowiedziałam pewnym siebie głosem, z trudem kryjąc radość. Nie wiedziałam tylko, że czekały nas kolejne „zbiegi okoliczności”…



M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A


zapowiedź

(placeholder)