Halina Mickiewiczówna. Historia kryminalna

Zamieszczona poniżej historia, napisana specjalnie dla „Czwartego Wymiaru”, nawiązuje do opublikowanego na moim blogu opowiadania Spotkanie w chmurach.


Jeśli chcą się Państwo podzielić opowieściami o niesamowitych, a jednak prawdziwych zdarzeniach, proszę o kontakt.


*   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *


Tego dnia, kiedy spotkałam w samolocie – wracając z mamą z Krety – osobistego lekarza śpiewaczki operowej Haliny Mickiewiczówny, doktora Sutkowskiego, podjęłam decyzję, że następnym moim projektem będzie książka o niej. To było w 2006 roku. Miałam w domu, i to już od wielu lat, kilka dużych kartonów wypełnionych dokumentami, które po śmierci Mickiewiczówny przekazała mi Justyna, jej wnuczka. Ale wcześniej ciągle byłam zajęta, robiłam inne rzeczy, no i wahałam się, czy na pewno ja mam napisać tę biografię. A tutaj to zaskakujące spotkanie tysiące metrów nad ziemią!


Znałam już wówczas aksamitny głos Mickiewiczówny. I wiedziałam, że była wybitną sopranistką koloraturową, a także ukochaną uczennicą Ady Sari. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że osoba, której talent rozpalał serca tak wielu ludzi, odeszła niemal całkiem w zapomnienie. Wiem, to smutna reguła przemijania… Jednak wtedy w samolocie podjęłam decyzję, że przywrócę pamięć o Halinie Mickiewiczównie! Że zrobię wszystko, aby weszła na stałe do tej części historii, którą współtworzyła!


Pamiętam moment, w którym zdjęłam wielki obrus starannie przykrywający osiem solidnych kartonów… Usiadłam obok nich na podłodze. Miałam wrażenie, że patrzę na nie po raz pierwszy. Czułam, jak wali mi serce. Przypomniałam sobie, już bez paraliżującego mnie strachu, co wydarzyło się kilka lat wcześniej, parę dni po tym, jak przewiozłam je do domu…


*


Cofnęłam się pamięcią do jesieni 2001 roku. To wtedy dowiedziałam się, że zmarła babcia Justyny, mojej przyjaciółki i ilustratorki. Justyna poprosiła, żebym pojechała z nią do mieszkania jej babci. Nie podejrzewałam, jakie ma wobec mnie plany…


Niewielkie, ale słoneczne mieszkanie w centrum Gdyni zastawione było kartonami. Choć od pogrzebu minęło dopiero kilka dni, Justyna zdążyła zrobić w nim porządek. Osobno stały pudła pełne ubrań, inne wypełniały osobiste rzeczy jej babci, a zupełnie osobno, na środku pokoju, stały te, do których Justyna zebrała pamiątki dokumentujące zawodowe życie Haliny Mickiewiczówny.


– Proszę, żebyś zabrała te dokumenty – powiedziała ku mojemu zaskoczeniu. – Wiem, że pracujesz nad czymś innym, ale mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz czas i napiszesz biografię mojej babci.


– Justynko, zajmuję się teraz zupełnie inną literaturą! Piszę bajki dla dzieci! Sama robisz do nich ilustracje! Dokumenty, które pisałam wcześniej, dotyczyły innych dziedzin. Skąd przyszedł ci do głowy pomysł, abym to ja, osoba spoza świata opery, pisała o twojej babci!? Nic o niej nie wiem, nic nie wiem na temat opery! Poza tym nie mam w domu tyle miejsca, to przecież… – szybko policzyłam – osiem kartonów! To jakieś szaleństwo! – broniłam się.


– Ja też uważam, że to zły pomysł! – usłyszałyśmy głos Oli, ukochanej uczennicy Mickiewiczówny. Wyrosła przed nami tak nagle, że obie z Justyną aż przysiadłyśmy. – Weszłam, bo drzwi były otwarte, a wy nie słyszałyście mojego pukania – wyjaśniła Ola. – Justynko – ciągnęła – te dokumenty powinny znaleźć się w archiwach Akademii Muzycznej, a po jakimś czasie na pewno znajdzie się ktoś, kto z RADOŚCIĄ – mocno zaakcentowała to słowo – podejmie się napisania książki o Maestrze.


Uuuu, powiało chłodem. Ale wiedziałam, że Ola ma rację!


– Nic z tego! – upierała się Justyna, a widząc, że szykuję się do wyjścia, zaproponowała, żebyśmy napiły się herbaty i przejrzały choć część zdjęć babci. W drodze do kuchni objęła mnie ramieniem. – Może kiedy zobaczysz, jaka była piękna, poczujesz coś w sercu – powiedziała kokieteryjnie.


Usiadłyśmy w najmniejszym pokoju, który jej babcia ponoć najbardziej lubiła. Wypełniało go słońce, no i oczywiści kartony… Piłyśmy herbatę. Słuchałam opowieści Oli. Patrzyłam, jak lśnią jej oczy, kiedy komentowała zdjęcia Mickiewiczówny. Patrzyłam, z jaką czułością dotyka albumów i afiszy zapowiadających kolejne koncerty artystki. Zaintrygowała mnie. Mimo chłodnego pierwszego wrażenia przekonałam się, że Ola jest cudowną, ciepłą osobą, absolutnie zakochaną w swojej mistrzyni. Czułam, że bardzo by chciała, aby powstała książka o Halinie Mickiewiczównie, i że powinien napisać ją ktoś z ich, operowego środowiska. Wtedy zapytałam:


– Olu, czy przychodzi ci do głowy ktoś, kto mógłby napisać biografię babci Justyny?


–  Maestry – poprawiła mnie Ola.


– No właśnie o to mi chodzi, o kogoś, dla kogo Mickiewiczówna jest Maestrą! – odpowiedziałam z przejęciem, patrząc w stronę Justyny.


– Owszem! – odrzekła bez namysłu Ola – Uważam, że powinien to zrobić Piotr Kusiewicz, wspaniały tenor i wykładowca w naszej akademii. Przez wiele lat znał Maestrę i był zarówno jej przyjacielem, jak i adoratorem jej głosu.


– To wspaniale! – odpowiedziałam szczerze zachwycona. – Widzisz, Justynko, sprawa ułożyła się sama.


Ale Justyna wydęła usta. Patrzyła na czubki swoich butów i, niemal płacząc, odezwała się cichutko:


– Kasiu, ja ciebie bardzo, bardzo proszę, napisz książkę o mojej babci! Może to brzmi nieracjonalnie, ale czuję, że to ty masz to zrobić, a nie ktoś inny! Przynajmniej spróbuj… Szanuję Piotra! Rozumiem cię Olu… Ale proszę – zwróciła się do mnie – zabierz te kartony i jeśli naprawdę do ciebie nie przemówią, oddamy je w inne ręce.


Popatrzyłyśmy z Olą na siebie. Obie się uśmiechnęłyśmy. Wiedziałyśmy, że nie przekonamy Justyny. Że nie zmieni zdania. Przez następną godzinę oglądałyśmy zdjęcia Mickiewiczówny – ze sceny i te pozowane czy dokumentujące jej życie prywatne. Były ich setki. Kilkanaście sporych albumów. Oglądałyśmy i rozmawiałyśmy, aż zrobiło się późno.


– Piękne zdjęcia! – powiedziałam. – Prawdę mówiąc, to wspaniała ikonografia do książki! Te wszystkie dokumenty niemal same się ułożą! Każdy dokumentalista marzy o takich materiałach.


– A do tego masz je już zebrane w jednym miejscu… No, może w ośmiu! – roześmiała się Justyna.


Skapitulowałam:


– Zabieram te pudła!


We trzy spakowałyśmy kartony do mojego samochodu – ledwie się tam zmieściły. Trudno jest mi opisać minę męża, kiedy zastawiłam nimi niemal cały gościnny pokój…


Dwa, może trzy dni później do moich drzwi zapukał niezapowiedziany gość. Przywitał się i powiedział, że nazywa się Piotr Kusiewicz. Słyszał od Oli, że zabrałam wszystkie dokumenty po Maestrze.


Bardzo ucieszyła mnie jego wizyta. Tyle dobrego o nim słyszałam! Wiedziałam, że był jedną z najważniejszych osób z kręgu Mickiewiczówny. Zaprosiłam go do domu i zaparzyłam kawę. Pan Piotr opowiadał o świecie opery, o Maestrze z takim zapałem, że aż poczułam się nieswojo…


–  Może to jednak pan powinien zabrać te kartony i napisać książkę o Halinie Mickiewiczównie – zaproponowałam nieśmiało.


– Chętnie bym to zrobił, ale jak wiemy, wola Justynki jest inna… – odrzekł i zamyślił się. – Pani pewnie napisze tę książkę, za to ja planuję wydać płytę CD z nagraniami Maestry i przydałoby mi się zdjęcie na okładkę. Mam nadzieję, że Ola wspominała pani o tym przedsięwzięciu – zakończył.


– Oczywiście! Sporo o tym rozmawiałyśmy! Zwłaszcza że jedną płytę z jej dawnymi nagraniami już pan wydał!


– Tak, udało się. To było z okazji 55-lecia jej pracy artystyczno-pedagogicznej – powiedział z ożywieniem. – Mimo trudności ze zdobyciem i opracowaniem archiwalnych nagrań wyszła płyta zatytułowana Halina Mickiewiczówna. Maestra koloratury. Ale nie będę pani zanudzał. Ma pani pewnie sporo pracy. Czy mogę pożyczyć zdjęcia Maestry, aby wybrać coś do nowej płyty? – spytał.


– Chętnie wybiorę z panem jakieś zdjęcia. Może przy okazji mógłby pan opowiedzieć mi o nich? – zaproponowałam.


– Proszę wybaczyć, ale wolałbym sam wybrać zdjęcia. Mówiłem już Oli, że pożyczę wszystkie albumy, aby spokojnie skupić się na ich doborze.


– No, nie wiem… – odezwałam się nieśmiało. Poczułam w sercu jakiś niewyjaśniony lęk i zapytałam: – Czy Justyna wie, że chce pan zabrać wszystkie dokumenty?


– Ależ oczywiście! Nie śmiałbym przychodzić do pani bez jej zgody! Poza tym to od Justynki mam pani adres! Skąd bym wiedział, gdzie pani mieszka… – powiedział, rozpraszając moje wszelkie wątpliwości. – Do tego nie zamierzam zabierać pani dokumentów, tylko dwa kartony z albumami – zakończył i uśmiechnął się czarująco.


– Ach tak, jasna sprawa – zgodziłam się. A w duchu pomyślałam, że skoro wie nawet to, ile kartonów zajmują zdjęcia, to mój wewnętrzny niepokój musi być zupełnie irracjonalny.


– Do końca roku na pewno je oddam – zapewnił mnie na pożegnanie.


A ja, mimo wcześniejszego oporu i wielu innych zajęć, zanurzyłam się w papierach. Mickiewiczówna starannie dokumentowała swoje życie. Wiedziała, że pamięć o ludziach trwa krótko, że trzeba zapisywać, notować, opowiadać. Zbierała wycinki prasowe, recenzje, listy, setki afiszy teatralnych zapowiadających jej koncerty. Kiedy w połowie grudnia zadzwoniła do mnie Ola z zaproszeniem na Wigilię uczniów i przyjaciół Maestry, z przyjemnością się zgodziłam. Wiedziałam, że u Oli spotkam ludzi, z którymi będę chciała się umówić na wywiady.


Jakież było moje zdziwienie, gdy wśród tłumu śpiewaków został mi przedstawiony… Piotr Kusiewicz. Patrzyłam na jego twarz z niedowierzaniem, trzy razy pytałam Olę:


– Czy to TEN Piotr Kusiewicz, o którym tyle opowiadałaś?!


W końcu Ola, z lekkim zniecierpliwieniem w głosie, ale i rozbawiona, powiedziała:


– Kasiu, nie wiem, o co ci chodzi, ale Piotruś Kusiewicz jest tylko jeden! Cudowny, niepowtarzalny… i to on stoi przed tobą!


Świat zawirował mi przed oczami. Czułam, jak krew maluje mi się pąsami na policzkach. Stałam z uchylonymi ustami i nie miałam siły złapać powietrza, nie mogłam wykrztusić z siebie ani jednego słowa…


– Co ci się stało?! – zaniepokoiła się Ola. – Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha!


– Bo, bo… – zaczęłam – dwa tygodnie temu poznałam Piotra Kusiewicza… Był u mnie w domu!… Opowiadał o płytach Mickiewiczówny… Wziął wszystkie albumy z jej zdjęciami, ale… ale to był INNY Piotr Kusiewicz…


Ależ zrobił się harmider! Wszyscy przekrzykiwali się, wypytując: „Kto? Jak? Co? Kiedy?”. Część uczniów płakała…


Opowiedziałam całe zdarzenie. Głos mi drżał. Opisałam, jak oszust podający się za Piotra Kusiewicza wzbudził moje zaufanie… I popłakałam się ze zdenerwowania. Zrozumiałam, że zostałam okradziona. Że wszyscy zostaliśmy okradzeni – rodzina, ja i uczniowie. Że straciłam WSZYSTKIE zdjęcia Mickiewiczówny. Czułam się fatalnie! Dotarło do mnie, że podstępnemu złodziejowi wydałam rodzinne pamiątki Justyny! I choć po pewnym czasie miałam podstawy, by przypuszczać, kto i dlaczego to zrobił, kto podszył się pod Piotra Kusiewicza, nie zdobyłam wystarczających dowodów i nic nie mogłam zrobić. Wiedziałam, że zdjęć nie odzyskam. Myślałam, że przepadły bezpowrotnie…


Obiecałam Justynie, że odtworzę tyle materiałów, ile się da. Ale byłam przekonana, że książki raczej nie napiszę.


*


Na szczęście po spotkaniu doktora Sutkowskiego zmieniłam zadanie. Już bez wątpliwości zaczęłam czytać i rozmawiać z ludźmi o Mickiewiczównie, poszukiwać o niej informacji. I choć nigdy osobiście jej nie spotkałam, miałam wrażenie, że jest mi bliska. Przecież dokumentacja jej życia mieszkała ze mną od pięciu lat! A słuchając przez te lata najróżniejszych oper na niemal całym świecie, zagłębiałam się w nieznany mi dotychczas – operowy – wymiar rzeczywistości. Świat Mickiewiczówny powoli odkrywał przed mną swoje tajemnice, aż w końcu przestał być mi obcy. Może potrzebowałam tego czasu…


Zatem w momencie, kiedy zdjęłam obrus z kartonów i zaczęłam przeglądać dokumenty, witałam się z nią w myślach. Po spotkaniu z doktorem Sutkowskim przestała być dla mnie tylko babcią Justyny. Stała się Maestrą. Godzinami studiowałam dokumenty, aby z nich odtworzyć jej życie. Wiedziałam, że nie mam zdjęć, jednak bogactwo pozostałych materiałów dawało nadzieję na dobrą kwerendę. Szczególnie ważnym źródłem informacji stały się taśmy, na których Maestra nagrała swoje wspomnienia. Słuchając ich, miałam poczucie, że książka powstawała przy jej czynnym współudziale. Potem przekonałam się, jak bardzo…


Pracowałam nad książką prawie trzy lata. Przeprowadziłam ponad pięćdziesiąt wywiadów. Odwiedziłam większość miejsc, z którymi Mickiewiczówna była związana. Spędziłam wiele godzin w czytelniach i archiwach. Przejrzałam niemal wszystkie dostępne dokumenty, które łączyły się z jej karierą i życiem. W lipcu 2009 roku książka była gotowa! Robiliśmy skład, brakowało dosłownie kilku dni, aby całość poszła do druku. I właśnie wtedy przyszła do mnie Justyna…


Dawno się nie widziałyśmy. Dzwoniła kilka dni wcześniej i powiedziała, że ma coś dla mnie. Kiedy stanęła w drzwiach z wielkim kartonem w rękach, szczerze się roześmiałam!


– Ooo, moja droga, miałaś osiem lat na przywiezienie mi tych papierów! Teraz już żadne dokumenty mi się nie przydadzą. Książka jest prawie złożona! A swoją drogą, co tam niesiesz? – zapytałam.


– Nie mam pojęcia! – odpowiedziała rozbrajająco szczerze. – Nie miałam czasu tego przejrzeć. Przepraszam – tłumaczyła się Justyna. – Musiałam ci to przywieźć, bo babcia mi kazała…


– Przecież ty nie wierzysz ani w duchy, ani w przeżycia ezoteryczne! – odpowiedziałam zdziwiona. – Skąd ten pomysł, że babcia cię o to prosiła?


– Tak, to prawda, nie wierzę, ale fakty to fakty. Od tygodni śni mi się babcia, która kazała mi posprzątać piwnicę w jej mieszkaniu. Nigdy wcześniej tam nie zaglądałam, a że przymierzam się do sprzedania mieszkania, w końcu poszłam do piwnicy i znalazłam ten karton. Piwnica była prawie pusta, stał tam tylko ten jeden karton. A ponieważ na zmianę z babcią śniłaś mi się ty, to wywnioskowałam, że tobie mam go przywieźć…


Popatrzyłam na nią zaskoczona.


– Wiem, to brzmi śmiesznie, ale muszę ci jeszcze coś powiedzieć. Pamiętasz, jak uparłam się po jej śmierci, żebyś to ty napisała o niej książę? Wtedy też śniła mi się babcia. Babcia i ty. Na zmianę. I to wiele razy, tyle razy, aż wpadłam na to, że babcia prosi, żebyś to ty o niej napisała.


– Hmmm, jak dla mnie, to brzmi wystarczająco logicznie – odpowiedziałam. – Zajrzyjmy więc do tego kartonu! Ale może najpierw napijemy się herbaty? – zapytałam. – Tak jak przed laty, kiedy byłyśmy w jej mieszkaniu, a ty nie chciałaś mnie wypuścić? Teraz ja zaparzę herbatę. – Obie się rozśmiałyśmy.


Kiedy gorąca para unosiła się już znad filiżanek, otworzyłyśmy karton. Wyciągnęłam z niego pięć kartoników po butach, a w każdym z nich były pożółkłe zawiniątka. Po jakimś czasie na podłodze leżało chyba ze czterdzieści paczuszek utworzonych z pożółkłych kopert, staranie zawiniętych i oklejonych taśmą klejącą.  Zaczęłyśmy się zastanawiać, co w nich jest. Próbowałyśmy nawet zgadywać. Bez sukcesu. Dopiero, kiedy otworzyłyśmy pierwszą z brzegu paczuszkę, zrozumiałam, jaki to skarb… Cały karton był wypełniony negatywami zdjęć Maestry! Osiem długich lat minęło od czasu, kiedy ukradziono mi zdjęcia! A teraz wszystkie ich negatywy leżały na mojej podłodze!


Wstrzymaliśmy druk książki. Na nowo zrobiliśmy jej skład. Ale udało się dotrzymać planowanej daty promocji! Nie mam wątpliwości, że Maestra dopilnowała, by jej biografia była kompletna. Książka wyszła pod tytułem Halina Mickiewiczówna. Ciepło głosu i serca. Ukazała się z płytą CD, którą opracował prawdziwy Piotr Kusiewicz. Również z jej przygotowaniem łączy się pewna historia… Zatem ciąg dalszy nastąpi.


M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A


(placeholder)

Autorka z mamą, bratem i portretem Maestry

(fot. Stanisław Bednarz)

Promocja książki o Mickiewiczównie, 2009 rok.

(fot. Stanisław Bednarz)

Od lewej – Jan Kusiewicz, Katarzyna Dondalska,

prof. Piotr Kusiewicz

Sala im Haliny Mickiewiczówny w Akademii Muzycznej w Gdańsku (fot. Autorka)