Halloweenowe przyjęcie u Anny

Ta historia wydarzyła się dawno temu, kiedy mieszkałam w USA i pracowałam w domu pogodnej starości. Choć nie ma w niej elementu ezoterycznego, to temat i ładunek zawartych emocji usprawiedliwiają publikację tej opowieści na ezoterycznym blogu.


*


Siąpił deszcz. Szłam do pracy. „Jak to dobrze, że wczoraj świeciło słońce, dzięki temu zrobiłam mnóstwo pięknych zdjęć. Chociaż… może gdyby padało, ujęcia byłyby bardziej nastrojowe…” – rozmyślałam. „Nie sądzę”, szybko odpowiedziałam sama sobie. „Cmentarz nad rzeką jest wystarczająco malowniczy, żeby dobrze wyszła każda zrobiona tam fotografia”.


W odróżnieniu od większości amerykańskich cmentarzy – bezdusznych, niemal sztampowych, z równo przystrzyżoną trawą i kilometrami równiutko poustawianych tablic – ten miał klimat, jaki pamiętałam z Polski. Różnej wielkości krzyże, a nawet małe kapliczki, poplątane ścieżki, płyty nagrobne z lekko zatartymi nazwiskami. Lubiłam po nim spacerować. Zwłaszcza jesienią. Cmentarze emanują wówczas magią, która powoduje, że odwiedzanie zmarłych staje się ważnym przeżyciem. Takim samym, jakim bywają rozmowy z żywymi…


– Dzień dobry – przywitała mnie, wyrywając z zamyślenia, recepcjonistka Candy. Ledwie dostrzegłam ją zza ogromnych kartonów ustawionych w holu.

– Dzień dobry. Co tu się dzieje? Czyżbyśmy mieli nowego lokatora? – zapytałam.

– Nie, to nie są skrzynie z meblami – odpowiedziała. – Te paczki są pełne dyń.

– Przepraszam, czego?! – spytałam szczerze zdziwiona.

– Dyń – powtórzyła. – Dużych, okrągłych, pomarańczowych kul, takich, które świetnie nadają się na halloweenowe straszydła. Bo my tu, w ostatnią noc października, mamy zwyczaj przebierania się za duchy, częstowania dzieci cukierkami i przygotowywania potworów z dyń! Wszyscy nasi lokatorzy zamówili przynajmniej po kilka sztuk – mówiła z przejęciem.

– Zobaczysz, jak tajemniczo będzie wyglądał nasz dom w halloweenową noc, kiedy wszystkie dynie zostaną poustawiane na piętrach i niczym głowy potworów będą świeciły wstawionymi do nich świeczkami.

– Tajemniczo? – powtórzyłam z lekkim zaskoczeniem. Mnie to słowo kojarzy się z zupełnie inną atmosferą. Ale co kraj, to obyczaj… Podziękowałam Candy za informacje i skierowałam się w stronę apartamentu mojej podopiecznej, Anny, z którą byłam umówiona.


Już pod drzwiami czułam zapach hinduskich kadzidełek, jednak i tak nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam: kilka olbrzymich dyń tarasowało wejście do łazienki i sypialni. Obok nich, czyli wszędzie wokoło – na podłodze, parapetach, sekretarzyku, wszystkich możliwych krzesłach – leżały kolorowe bibułki, szmatki, świeczki, skutecznie zamieniając pokój w pracownię plastyczną. Do tego po całym pomieszczeniu snuł się duszny zapach. Zawsze, kiedy Anna uważała, że jakiś dzień należy wyróżnić, zapalała te okropne hinduskie trawy.


– Witaj – zawołała uradowana. – Czekam na ciebie od rana. Zobacz, co mi przywieźli – i z dumą wskazała na monstrualnych rozmiarów dynię zajmującą cały hebanowy stolik.

– Dzień dobry, Anno. Widzę, że mamy dzisiaj sporo pracy.

– Tak, tak – pospiesznie odrzekła. – Jutro noc duchów! Zaprosiłam na halloweenowe przyjęcie mnóstwo osób. Musimy jednak obmyślić, za jakie stwory mają się poprzebierać. Dobrze by było, żebyś pomogła nie tylko przygotować przebrania, ale i uporać się z tymi dyniami. Nie ma na co czekać, siadaj, proszę, koło mnie i zabieramy się za wyrzeźbienie tego giganta!


Cały dzień szyłyśmy peleryny, wycinałyśmy maski z papieru, lepiłyśmy nosy, uszy i wąsy. Anna miała do tego talent. Za młodu była znaną rzeźbiarką. Czuła się w swoim żywiole – ja po prostu starałam się nie psuć tego, co wymyśliła. Przygotowałyśmy wszystkie dynie, wycinając w nich otwory na oczy, a nawet groźnie wyglądające zęby. Pod sufitem przymocowałyśmy warkocze z bibułki. Pod koniec dnia elegancki zazwyczaj apartament Anny wyglądał jak szkolna świetlica przed balem przebierańców. Byłyśmy zmęczone. Jednak udało się. Stroje były gotowe. Zrobiłyśmy próbę z dyniami. Wstawiłyśmy do nich świeczki i zgasiłyśmy światło. Świecące oczy i paszcze mogły przestraszyć nawet śmiałka!


– Wspaniale! – wykrzyknęła Anna. – Jutro wieczorem będziemy mieli pyszną zabawę. Jesteś zaproszona. Przebierz się, za co chcesz. A… prawie zapomniałam – dodała. – Jak ci się wczoraj udała sesja zdjęciowa?

– Dziękuję, dobrze – odrzekłam.

– To przynieś, proszę, jutro choć kilka zdjęć. Wszyscy wiedzą, że fotografowanie jest twoją pasją, ale jeszcze nikt nie widział twoich prac. Czas pokazać je światu! – zażartowała.

– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł… – zaczęłam nieśmiało.

– Och, nie daj się prosić – przerwała mi Anna. – Jeśli nie będą nam się podobały, to szczerze ci powiemy. Możesz na nas liczyć.

– Nie wątpię – odrzekłam.

Kiedy zbierałam się do wyjścia, Anna nagle spojrzała na mnie poważnym wzrokiem i odezwała się zupełnie innym niż do dotychczas, drżącym głosem.

– Proszę, przyjdź na pewno. To taki ważny dla mnie dzień, a właściwie noc. Wszyscy przebierają się za duchy i łatwiej mi myśleć o… śmierci – dokończyła jakby zażenowana.

– Będę punktualnie i przyniosę zdjęcia – odpowiedziałam bez wahania.

– Zatem do jutra! – pożegnała mnie znacznie weselszym tonem.


*


Siedziałam przy płonącym kominku i patrzyłam na gości Anny. Część z nich dobrze znałam. Tylko że teraz, w świetle świec i ognia, wyglądali dużo młodziej. Do tego te zabawne stroje: pan Wooden był przebrany za skunksa, pani Cashel za złotą rybkę, a Joanna, pulchna, siwa staruszka – za Kopciuszka. Były też duchy bardziej znane: Białej Damy, Henryka VIII, Lincolna czy, nie do końca określonego, wodza Apaczów. Gospodyni, Anna, wyglądała jak nieco starsza siostra Marylin Monroe.


Wszyscy twierdzili, że to noc umarłych, ale brakowało postaci Kostuchy. Uznałam, że lepiej nie dzielić się tą uwagą. Cieszyłam się, że choć miałam pomysł, żeby przebrać się za Śmierć, ostatecznie przebrałam się za niegroźnego wampira. Całe towarzystwo świetnie się bawiło. Troszkę tańczyli, wspominali dawne czasy, ale nie słyszałam, żeby mówili o tych, którzy odeszli. Koło dziesiątej wieczorem Anna zaprosiła gości, by usiedli wokół kominka.


– Czas na opowieści – powiedziała.


Okazało się, że każdy z uczestników musi opowiedzieć jakąś historię. Może być wymyślona lub prawdziwa, straszna albo zabawna, znana albo nieznana. W całym pokoju płonęły świece. Zaczął pan Wooden, a kiedy skończył, rozległy się gromkie brawa. Potem opowieści sypały się jak z rękawa. Widać było, że wszyscy świetnie przygotowali się na ten wieczór. Anna na przykład wymyśliła zupełnie niezłą, pełną grozy historię kryminalną. Wśród braw i śmiechów usłyszałam pytanie skierowane do mnie.


– A czy w Polsce też obchodzicie noc duchów?

– W pewnym sensie – odrzekłam wymijająco. Ale czułam, że nie wykręcę się od pełniejszej odpowiedzi. Zresztą nadszedł już czas na moją historię. Na początku opowiedziałam o dawnym obrzędzie Dziadów, który nieco przypomina amerykański Halloween, później mówiłam o zwyczaju odwiedzania cmentarzy, o radosnym dniu Wszystkich Świętych i zamyślonym, pełnym refleksji Dniu Zmarłych. Opowiadałam o odbywających się w całej Polsce spotkaniach zaduszkowych – poetyckich, jazzowych, teatralnych. Opisywałam, jak wyglądają nasze cmentarze i jaki panuje na nich ruch w tygodniu poprzedzającym pierwszego listopada.


– Trzeba nawet zmieniać organizację ruchu w miastach, bo tyle ludzi jedzie odwiedzić tych, którzy odeszli – mówiłam. – Bez względu na to, jaka jest w Święto Zmarłych pogoda, na cmentarze przychodzą całe rodziny z dziećmi. Przy grobach bliskich spotykają się dalecy krewni, znajomi i sąsiedzi zmarłego. Wtedy, zamiast opowiadania sobie wymyślonych historii, rozmawiamy o nich, wspominamy. Rozmowy o śmierci czy zmarłych nie są przecież niczym wstydliwym – dodałam – bo często przynoszą ukojenie… Być może wydrążona, płonąca dynia stwarza dla niektórych tajemniczy nastrój, jednak dla mnie najbardziej tajemniczo wyglądają groby w świetle płonących zniczy.

Wspomniałam jeszcze o ich zapachu i o tym, że stawianie zapalonej świeczki na opuszczonym grobie jest także naszym, jakże pięknym zwyczajem. Z przejęciem opowiadałam o niepowtarzalnej atmosferze listopadowego święta i, sama nie wiem kiedy, wyciągnęłam zdjęcia. Zarówno te robione wczoraj, z oblanymi słońcem mogiłami, jak i kilka przywiezionych z Polski. To również były fotografie cmentarzy. Ale jakże innych niż tutejsze! Uchwyciłam na nich ludzi sprzątających groby, płonące świece, uśmiechnięte dzieci, które kładły na mogiłach wiązanki z kolorowych, jesiennych liści, stosy kwiatów leżące na grobowych płytach. Później wspominałam swoje długie spacery po cmentarzach, w czasie których robiłam zdjęcia.


– Ale fotografuję też inne miejsca – dodałam, podnosząc głowę znad papierów… i dopiero wówczas ogarnęłam wzrokiem cały pokój. W świetle kominka zobaczyłam utkwione we mnie oczy gości. Panowała zupełna cisza. Zebrani staruszkowie zamarli w bezruchu. Byłam przerażona. Czułam, że nieświadomie dotknęłam czułych miejsc, może skrzywdziłam… Miałam ochotę uciekać. Kiedy nagle wszyscy ruszyli w moją stronę. Nie zdążyłam wstać z krzesła, jak poczułam, że, ku mojemu najwyższemu zdumieniu, staruszkowie tulą się do mnie… Wśród łez padały imiona ich najbliższych, którzy zmarli… Do rana opowiadali o tych, których kochali. Odważnie wymawiali słowo „śmierć”. Pękł mur dzielący ich od najważniejszych spraw… W pewnym momencie Anna pociągnęła mnie za rękaw i cichutko wyszeptała:


– Jutro chciałabym odwiedzić grób mojej matki, nie byłam na cmentarzu, odkąd umarła, to niedaleko stąd, nad rzeką. Pójdziesz ze mną?

– Nawet znam drogę – odpowiedziałam.

M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A


(placeholder)
Halloweenowe przyjęcie u Anny
Halloweenowe przyjęcie u Anny