Oblicze łaski

Ten tekst wymaga komentarza.


Napisałam go w maju 2005 roku. Niecały miesiąc po śmierci taty. Po kilku dniach wysłałam opowiadanie do miesięcznika „Czwarty Wymiar”, który wówczas prenumerowałam. Pomyślałam, że pasuje do ich profilu. Nie dostałam z redakcji żadnej odpowiedzi. Mijały miesiące, uznałam, że tekst się nie spodobał i przepadł w nawale innych niezamawianych, a wysyłanych do redakcji materiałów.


Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy półtora roku później, w dniu urodzin taty, właśnie wtedy, gdy wychodziłam na cmentarz, by zapalić świeczkę na jego grobie, znalazłam w skrzynce numer miesięcznika („Czwarty Wymiar”, listopad 2006 rok) z opublikowanym tekstem… Włożyłam go do torby obok świeczek i zabrałam na cmentarz. Tam spotkałam się z mamą i bratem. Oczywiście pokazałam im opowiadanie. Brat zapytał, dlaczego tekst nie został podpisany. Bardzo się zdziwiłam. Rzeczywiście. Poznałam go po tytule – Oblicze łaski – i nie zorientowałam się, że nie zamieszczono nazwiska autora. Tak bardzo się cieszyłam, że tekst się ukazał i że znowu zdarzył się mały cud – bo przecież egzemplarz dotarł do mnie dokładnie w rocznicę urodzin taty – że nawet nie zauważyłam tego braku.


Następnego dnia zadzwoniłam do redakcji „Czwartego Wymiaru” z pytaniem, dlaczego tekstu nie podpisano. I dowiedziałam się, że w redakcji mieli potworną awarię komputerów, że przez długie miesiące odzyskiwali swoje bazy danych i nadesłane materiały i że tylko jakimś cudem – jak to określiła pani, z którą rozmawiałam – odzyskali część korespondencji, w tym również mój tekst. Bardzo im się spodobał, więc uznali, że go opublikują, choć nie znają nazwiska autora. Bo odzyskali tylko załącznik, ale już bez maila, który mu towarzyszył. A to właśnie w mailu podałam wszystkie swoje dane i napisałam parę słów o tym, że opowiadanie oparłam na prawdziwych przeżyciach.


Publikuję je więc po raz pierwszy pod swoim nazwiskiem, z niewielkimi zmianami.

Katarzyna Iga Gawęcka


*


Tamtej zimowej niedzieli stało się jasne, że tata umiera. Patrzyłam na jego gasnącą twarz, ale ciągle nie mogłam uwierzyć… Jego łagodne oczy uspokajały mnie, a blady uśmiech próbował przekonywać, dawał nadzieję, oddalał nadchodzącą burzę rozpaczy. Łudziłam się, że taki stan może trwać bardzo długo – może miesiąc, a może rok lub dwa. Jednocześnie boleśnie czułam, że tata odchodzi.


Mama szykowała święta. Postanowiła, że mimo choroby Wielkanoc będzie taka jak zwykle: rodzinna. Zaprosiła najbliższych. Tata się ucieszył. Mówił, że chociaż jest słabiutki jak liść na wietrze, zasiądzie z nami do stołu, może po świątecznych smakołykach nabierze wreszcie nieco ciała i wyzdrowieje.


Wielkanoc była naszym ulubionym świętem. Modliłam się w duszy cały czas: Boże, pozwól mu jeszcze zasiąść z nami przy wielkanocnym stole… Z drżeniem serca patrzyłam na kalendarz. Przecież do świąt został jeszcze cały tydzień! Czy zdąży się z nami podzielić jajkiem, uściskać…


W poniedziałek przed Wielkim Czwartkiem wróciłam od rodziców zupełnie roztrzęsiona. Położyłam się wcześniej do łóżka, byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Bałam się. Myślałam o przerażonych oczach mojej mamy. Jej rozpacz sięgnęła dna. Nie miała siły mówić, tylko patrzyła na tatę i płakała. Cichutko, bezgłośnie, żeby go nie obudzić.


Ze snu wybiło mnie mocne szarpnięcie. Usiadłam na łóżku i zdziwiona spojrzałam prosto w twarz kobiety, której nigdy wcześniej nie spotkałam. Była drobniutka, miała lekko kręcone jasne włosy, opadające na ramiona. Patrzyłam na nią, a ona potrząsała moim ramieniem, mówiąc:


– Mam na imię Ola.


– Ola – powtórzyłam niczym echo. – Co z tego, że Ola, jak ja pani nie znam.


– Będę przewodnikiem twojego taty na drugą stronę – powiedziała spokojnie. – Nie płacz.


W jej głosie wyczułam lekką naganę, jakby skarcenie mnie za wielomiesięczną rozpacz.


– Tyle lat – mówiła – tyle lat jesteście razem. Mieliście czas na rozmowy, łzy i radości. A teraz jeszcze macie czas, żeby się żegnać. Ja nie dostąpiłam takiej łaski. Mnie i moim dzieciom nie było to dane… Czas Janusza się kończy, teraz przed nim inne życie, więc nie zatrzymujcie go modlitwami. Wypełniło się.


– Ależ Olu, mama zaprosiła całą rodzinę, przygotowuje Wielkanoc. Proszę, pozwól zostać tacie jeszcze na święta – poprosiłam bez zastanowienia.


– Dobrze – odpowiedziała. – Ale zaraz potem, jak go wezwą, nie zatrzymujcie go. Zwłaszcza ty – wymierzyła we mnie palec.


– Dobrze… – wyszeptałam i poczułam bolesne ukłucie.


– Kasiu, Kasiu, obudź się – usłyszałam. Tym razem za ramię trzymał mnie mój mąż Maciej.


– Dlaczego płaczesz, co ci się śniło? – zapytał i przytulił mnie.


Usiadłam na łóżku lekko zdezorientowana. Śpię czy nie? Rozejrzałam się po sypialni, spojrzałam na Macieja, który patrzył na mnie zatroskany i odpowiedziałam:


– Płaczę, bo śniła mi się Ola. Powiedziała, że tata odejdzie. To nieuniknione…


– A kto to jest Ola? – zapytał Maciej.


– Nie wiem, pierwszy raz ją widziałam. Ale powiedziała, że będzie przewodnikiem mojego taty na drugą stronę.


Zapanowała cisza. Przestałam łkać, uświadomiłam sobie, że tata będzie miał opiekę.


Mamie nic nie powiedziałam o śnie. Bałam się, że zabiorę jej ostatnią nadzieję na wyzdrowienie taty. Ale sama bardzo się wyciszyłam.


W Wielkanoc cała rodzina zasiadła przy stole. Wszyscy wiedzieliśmy, że to nasze ostatnie wspólne święta. Cieszyliśmy się nimi najbardziej, jak to było możliwe. Wbrew sytuacji w domu panował nastrój szczęścia. Tata był pogodny, chętnie rozmawiał, promieniał, kiedy w poniedziałek odwiedzili go moi najbliżsi przyjaciele.


W środę przyszedł kryzys. Krótkie oddechy, szarpany sen, zapaści, straszne bóle. Cierpiał potwornie. Płakaliśmy wszyscy, nikt już nie powstrzymywał łez. Tylko tata nie płakał. Cały czas pozostawał świadomy i niewiarygodnie spokojny. Bez żalu przyjmował to, co mu pisane. Kiedy mijały ataki, głaskał mnie lub brata po głowie albo całował ręce mamy.


– Nie płacz, Janeczko, proszę, nie płacz – powtarzał. W pewnym momencie powiedział: – Mam trzy ostanie życzenia.

Zamarliśmy w skupieniu. A on, z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru, powiedział:


– Po pierwsze, proszę, wypijcie lampkę dobrego koniaku za moją drogę, bo sam już niestety nie mogę wypić. Po drugie, proszę, nie płaczcie na pogrzebie. A po trzecie, Janeczko, proszę, idź do fryzjera, bo opiekując się mną, zapomniałaś o sobie…


Chociaż przez łzy, wszyscy się roześmialiśmy.


Po południu przygarnęłam mamę do siebie i opowiedziałam jej wreszcie ten dziwny sen.


– Ola! – wykrzyknęła mama. – Jak to nie wiesz, kto to jest Ola! To starsza siostra Janusza. Ach – zamyśliła się mama – ona przecież zginęła w wypadku, zanim się urodziłaś. Zabił ją motor. Na przejściu dla pieszych. Osierociła czworo dzieci, nie miała nawet czasu się z nimi pożegnać – dodała szlochając.


W czwartkową noc zaczęło się konanie. Jakież to dojmujące uczucie trzymać w ramionach umierającego ojca… Byliśmy przy nim wszyscy. Mamusia, mój brat Andrzej, Maciej i ja. Czuwaliśmy na zmianę od trzeciej rano. Potem przyszedł lekarz i pielęgniarka z hospicjum im. ks. Dutkiewicza. (Jak dobrze, że istnieją tacy cudowni ludzie!!) Koło południa, w piątek, zadzwoniliśmy po księdza.


Wizyta księdza Jędrzeja (także z hospicjum), który przyszedł udzielić ostatniego sakramentu, była balsamem dla wszystkich. Podczas rozmowy opowiedziałam mu swój sen. Nie zdziwił się, wręcz przeciwnie, na potwierdzenie takich przeżyć opowiedział kilka historii z hospicjum. Mówił także o papieżu Janie Pawle II. Dopiero wtedy zorientowaliśmy się, że odchodzi papież! Nasza rodzinna tragedia spowodowała, że nie wiedzieliśmy, co dzieje się na bożym świecie!


Piątkowy dzień i noc były po prostu mistyczne. Tuliliśmy tatusia i oglądaliśmy telewizję, która pokazywała modlący się świat! Kto by pomyślał, że w takich chwilach włączymy telewizor! Ale transmitowane programy budowały, dodawały otuchy i uśmierzały ból. Płakaliśmy, całowaliśmy tatę i modliliśmy się. Boże, mówiła moja mama, jaka to łaska, że tata odchodzi w tym samym czasie co nasz papież.


– Mamusiu, czy można wymarzyć sobie lepszy czas na odchodzenie… Zobacz, cały świat się modli – powtarzałam. Mój tata całym życiem zasłużył na taką łaskę. Nie mam co do tego wątpliwości.


Zmarł w sobotę rano, o 7.50, tego samego dnia co papież Jan Paweł II – 2 kwietnia 2005 roku. W niedzielę poszłam ubrana na czarno do kościoła i zobaczyłam, że wszyscy tam pogrążeni są w żałobie.


– To on odszedł do życia, a my umieramy – powiedział podczas mszy ksiądz Jędrzej.


Zamyśliłam się. Może właśnie tak jest… Płakałam, wokół mnie wszyscy płakali. Oni modlili się za papieża – ja za obu Ojców.


Dziękuję mojej rodzinie i przyjaciołom, którzy byli ze mną do końca.



(placeholder)

ZAPOWIEDZI

zapowiedź

Jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że mój Anioł Stróż mi pomógł. Wiem, wiem, jak to brzmi, ale myślę, że każdy ma swój czas… Mój widać nie nadszedł!

ANIOŁ STRÓŻ

M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A