Tyrmand i ptaki

Zamieszczona poniżej historia, napisana została specjalnie dla magazynu „Czwarty Wymiar”, a jest dalszą częścią opowiadań opublikowanych już na moim blogu: Kartka z Paryża i Odpowiedź z zaświatów (część pierwsza). Zapraszam do ich lektury.


Wiem, jak wiele osób ma ezoteryczne doświadczenia. Jeśli chcą się Państwo nimi podzielić, proszę o kontakt.


*   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *


Po wydaniu książki zatytułowanej Tyrmand i Ameryka zaczęłam pracę w agencji filmowej na stanowisku redaktora programowego. To były czasy, kiedy TVP zamawiała u prywatnych producentów różne materiały, w tym dokumenty o ludziach i instytucjach w latach komuny pomijanych czy wręcz znajdujących się na indeksie. Pewnego dnia na liście zamówień z telewizji zobaczyłam pozycję „amerykańskie losy Leopolda Tyrmanda”. Ależ się ucieszyłam! Poszłam do szefa i oznajmiłam, że to zamówienie jest specjalnie dla mnie. W końcu byłam współautorką amerykańskiej biografii pisarza.


– No to scenariusz masz prawie gotowy! – ucieszył się.


– Jasne – odpowiedziałam pewnym siebie głosem, z trudem kryjąc radość.


Przygotowania do nakręcenia dokumentalnego filmu o amerykańskim życiu Leopolda Tyrmanda zajęły niecały rok. Takie tempo pracy było możliwe właśnie dzięki temu, że kilka lat wcześniej napisaliśmy z Maciejem wspomnianą książkę i – co ważniejsze – mieliśmy kontakty do rodziny, przyjaciół i znajomych Tyrmanda, do niemal całego środowiska, w którym pisarz się obracał, mieszkając przez dziewiętnaście lat w Ameryce. Nie było jeszcze powszechnie dostępnego Internetu, ale posiadane przeze mnie numery telefonów i faksów ułatwiły nam sprawne zaplanowanie trasy zdjęciowej.


Wreszcie polecieliśmy do Stanów: ja i Maciej, który miał pełnić funkcję głównego tłumacza, a poza tym – ponieważ doskonale znał temat – przeprowadzać wraz ze mną wywiady, główny reżyser Stefan, nasz operator Tomasz, dźwiękowiec Piotr i oczywiście kierownik produkcji, Joanna. Napisany przeze mnie scenariusz przewidywał, że w Stanach odwiedzimy większość ważnych dla Tyrmanda miejsc i osób. Czekała nas piękna i długa wyprawa – od Nowego Jorku przez Chicago po Kalifornię.


Przy rozpisywaniu dni zdjęciowych okazało się, że dla sprawnej realizacji filmu najlepiej byłoby zacząć od zrobienia zdjęć na Long Island, na cmentarzu, gdzie pochowany jest Leopold Tyrmand. Ooo, i tu się zaczęło…


– Czy wy nie zdajecie sobie sprawy z tego, że zaczynanie zdjęć od cmentarza i grobów, od śmierci, położy cały film!? – krzyczał Stefan, któremu wtórował Tomek. Obaj nie chcieli o tym nawet słyszeć.


– Ale dlaczego? – pytaliśmy z Maciejem nieśmiało i przekonywaliśmy, że z logistycznego punktu widzenia taka, a nie inna kolejność zdjęć umożliwi nam przeprowadzenie wszystkich zaplanowanych wywiadów.


– Bo nie!… Bo taki przesąd panuje wśród filmowców, i już! Nie zgadzam się na to! Proszę zmienić kolejność zdjęć! – nie ustępował pierwszy reżyser, rzeczywiście poruszony i zły.


Niestety, mimo jego oporów i tak musieliśmy zacząć od wizyty na cmentarzu.


*


Doskonale pamiętam tamten poranek. Aby dostać się na Long Island o wschodzie słońca, jeszcze przed świtem wyjechaliśmy z New Canaan, gdzie nocowaliśmy. Atmosfera w samochodzie była – delikatnie mówiąc – grobowa. Joanna próbowała ją rozładować, ale tylko my z Maciejem odpowiadaliśmy na jej zaczepne pytania. Reszta ekipy milczała jak zaklęta. W którymś momencie zaczęliśmy się we troje śmiać, bo absurd sytuacji stawał się nie do wytrzymania!  


– Ludzie! – zaczęła Joanna, zanosząc się śmiechem. – Jesteśmy w USA, kręcimy film, mamy przed sobą fantastyczną podróż, a wy zachowujecie się, jakbyśmy jechali na pogrzeb!


Te słowa rozbawiły już wszystkich, bo choć w istocie jechaliśmy na cmentarz, przed nami otwierała się przecież zupełnie inna perspektywa. Napięcie w samochodzie spadło. Tylko pierwszy reżyser, mimo chwilowego rozbawienia, pozostał naburmuszony.


Dojechaliśmy na cmentarz. Bez problemu znaleźliśmy grób Tyrmanda. Byłam tam tylko raz, i to parę lat wcześniej, ale trafiłam bezbłędnie. Jakby mnie wzywał… Z tej pierwszej wizyty mam nawet zdjęcie. Postawiłam wówczas obok grobu maleńką doniczkę z pomarańczowo-rdzawą chryzantemą…


Wstawał świt. Operator szukał miejsca, aby rozstawić sprzęt. Krzątał się w pewnym oddaleniu od grobu, żeby mieć lepsze pole manewru. Było dość chłodno. Nagle pierwszy reżyser spokojnie, ale dobitnie, zaczął kolejny raz mówić, że jeżeli film okaże się katastrofą, to nie będzie to jego wina. Bo on ostrzegał… Ale nim skończył swoją tyradę, wszyscy patrzyliśmy już w niebo: nad nami krążył duży ciemny ptak.


Chwilę po tym, jak go zauważyliśmy, usiadł na płycie nagrobnej Tyrmanda i zaczął śpiewać! Parę razy przeskakiwał na pobliskie groby, ale zaraz wracał. Śpiewał i patrzył w naszą stronę…


Wellwood w Pinelawn na Long Island to typowy amerykański żydowski cmentarz. Wokół jest dość pusto. Nie ma żadnych kwiatów ani drzew… Tylko na niektórych płytach nagrobnych leżą kamyki. Ku pamięci… W pewnej odległości, za kwaterą, przy której staliśmy, znajdował się rząd równo przystrzyżonych krzewów. Ale to chyba nie było miejsce, skąd ten ptak mógł wylecieć…


Staliśmy jak zaczarowani i słuchaliśmy jego śpiewu. Z tego stanu wyrwał nas teatralny szept pierwszego reżysera:


– Tomek, do cholery, nakładaj lufę! Łap tego ptaka!!! Szybko!


Operator, choć zaskoczony, sprawnie założył długi obiektyw i niemal w ostatniej chwili przed odlotem ptaka zdążył go skadrować.


– Mamy! Mamy go na filmie! Pod kątem, i nie będzie za to Oskara, ale mamy! – krzyczał. Zrozumieliśmy, że udało się nagrać, jak ptak jeszcze przez ułamek sekundy stoi na grobie Tyrmanda, a potem wzbija się i dosłownie rozpływa w powietrzu.


– Łał! Niezły początek! –  nie krył emocji pierwszy reżyser. – To jest dobry omen, to jest bardzo dobry znak!!! Tak jakby sam Tyrmand dał nam przyzwolenie na to, żeby opowieść o jego życiu zacząć od końca!


Powrót z cmentarza, paradoksalnie, był radosny i pełen budujących historii. Poruszeni, jeszcze przez parę następnych dni rozmawialiśmy o znakach, jakie zza grobu dają nam umarli.


*


Czas upływał nam na wytężonej pracy. Mieliśmy mocno napięty harmonogram. Wywiady, miejsca do sfilmowania i wysiłki, aby wszędzie w Nowym Jorku zdążyć na czas, sprawiły, że niezwykle przeżycie z cmentarza przestało być wiodącym tematem naszych rozmów. Aż do ostatniego wywiadu, który mieliśmy zrobić w City z dawną przyjaciółką Tyrmanda, a kiedyś znaną w Polsce aktorką – Elżbietą Czyżewską.


Na wywiad umówiliśmy się w sercu Nowego Jorku, tuż przy Bibliotece Miejskiej przy 5th Avenu. Był słoneczny dzień maja, może trochę chłodny, jak na tę porę roku i w tym mieście, za to bez jednej chmurki na niebie. Dotarliśmy na miejsce sporo przed czasem, by przed rozstawieniem sprzętu spokojnie wypić kawę, patrząc na ruchliwą, osławioną Piątą Aleję. Niestety, już po zaparkowaniu samochodu zobaczyliśmy, jak niebo zasnuwają czarne chmury.


– Tylko nie panikujmy, z tych chmur nie spadnie ani jedna kropla! Zobaczycie! – pocieszała siebie i nas Joanna. – Ale dla świętego spokoju najpierw ustawmy plan zdjęciowy, a kawę wypijemy już po wywiadzie – zdecydowała.


Chcąc wybrać jak najlepszy plan, ruszyliśmy na spacer. Szybko znaleźliśmy dogodne miejsce. Był to malutki park przylegający z tyłu do biblioteki. Stamtąd zobaczyliśmy włoską kawiarenkę pełną ludzi, taką z ekspresem do kawy i ze stolikami na ulicy, kawiarenkę, jakich w Polsce wówczas jeszcze nie było. Ludzie pili kawę, czytali książki albo gazety, za nimi błyszczały drapacze chmur, a my czuliśmy, że to połączenie wielkiej cywilizacji i cudownego zatrzymania czasu. Ten widok był jak esencja Nowego Jorku!


„Zaraz tam usiądziemy” – pomyślałam. Operatorowi śmiały się oczy. Dźwiękowiec aż mlaskał z zadowolenia, bo szum miasta stanowił tylko delikatne tło ciszy panującej tuż przy bibliotece. Operator i dźwiękowiec podłączali kable i pozostałe sprzęty. My, to znaczy pierwszy reżyser, kierownik produkcji, Maciej i ja, rozmawialiśmy o Elżbiecie Czyżewskiej. Zastanawialiśmy się, czy jest jeszcze pamiętana w Polsce, mówiliśmy, że i o niej warto by nakręcić film dokumentalny… I kiedy tak gawędziliśmy, w ciągu paru minut zmieniła się pogoda. Najpierw zerwał się porywisty wiatr, potem zrobiło się zupełnie ciemno, a po paru sekundach zaczęło padać. Długie, zimne krople deszczu cięły nam twarze.


Kierownik produkcji i Maciej pobiegli do kawiarni z nadzieją, że pożyczą jakieś parasolki. Prócz zwykłych parasolek przynieśli wielkie kawiarniane parasole. Nawet kelner przyszedł i pomagał je rozstawiać tak, by chroniły kamerę. Wokół rozpętała się burza… Walczyliśmy więc z parasolami, deszczem i wiatrem. Straciliśmy nadzieję, że wywiad się odbędzie. Ku naszemu zdumieniu Elżbieta Czyżewska zjawiła się punktualnie. Przemoczona, uśmiechnięta, zapaliła papierosa i stanęła pod jednym z pożyczonych z kawiarni parasoli.


– Poczekamy chwilę – powiedziała, dodając nam otuchy. – Burza na pewno zaraz przejdzie. Zresztą patrząc na ten deszcz, wiem, że to wam powinnam udzielić wywiadu. Że Tyrmand chce, abym to waszej ekipie o nim opowiedziała…


Spojrzeliśmy zaskoczeni po sobie, a ona zaciągała się papierosem i patrzyła na nas badawczo.


– Czy to pani będzie przeprowadzała ze mną wywiad? – zapytała.


– Tak, ja – odpowiedziałam.


– Będę szczera, nie obchodzą mnie pani pytania – powiedziała, mrużąc oczy. – Jak tylko przestanie tak lać, opowiem wam o czymś, o czym zawsze chciałam publicznie powiedzieć…


Potem zaczęła wypytywać, skąd wziął się pomysł filmu o Leopoldzie. Rozmawialiśmy. Sporo mówiła o sobie. Spoglądałam na nią, wiedząc już, że przede mną jeden z tych wywiadów, którymi nie da się pokierować.


Po niecałej godzinie deszcz wyraźnie zelżał, a wiatr nieco się uspokoił.


– To co, zaczynamy! – zakomenderowała Czyżewska. – Kręciłam sceny w trudniejszych warunkach – roześmiała się.


Ustawialiśmy kamerę, dźwiękowiec podpiął mikrofony. Choć było przed południem, otaczała nas ponura, niemal jesienna aura. Czyżewska, stojąc pod parasolem, którym raz po raz szarpał wiatr, oznajmiła, że jest gotowa udzielić nam wywiadu, a właściwie opowiedzieć pewną historię.


*


– Związane z Leopoldem, ale też najważniejsze dla mnie przeżycie było metafizyczne. I zdarzyło się w dzień jego pogrzebu… – zaczęła Czyżewska, teatralnie gestykulując, do tego wiatr targał jej włosy. – Z jakiegoś powodu spóźniłam się na ten pogrzeb. Już nie pamiętam dlaczego. Pojechałam na cmentarz tego samego dnia, ale później – powiedziała i zapaliła kolejnego papierosa, przerywając swoją opowieść. Wszyscy milczeliśmy jak zaklęci, czekając aż powoli go wypali. Potem uśmiechnęła się filmowo i zaczęła znowu mówić:


– Wysiadłam z samochodu i zobaczyłam, że tuż obok miejsca, gdzie zaparkowałam, na trawie leży czarny, martwy ptak. Gdyby to nie dotyczyło pogrzebu przyjaciela, to prawdopodobnie należałoby tego ptaka podnieść i gdzieś zanieść. Ale to jest miejsce, w którym nie ma żadnych drzew, naprawdę żadnych… Minęłam go i poszłam w stronę grobu – snuła swoją opowieść. – Przez chwilę stałam przy grobie Leopolda, żegnałam się z nim. A potem, wracając, wzięłam mały kwiatek z bukietu, taką małą rdzawą chryzantemę, i przechodząc z powrotem do samochodu, z jakiegoś powodu położyłam ją na tym czarnym, martwym ptaku. Wsiadłam do samochodu, miałam już odjeżdżać i… i w pewnym momencie – i tu jest to metafizyczne zdarzenie… – zmieniła się pogoda! Nagle, po prostu nagle, pojawiły się – pięć do siedmiu pięter czarnych ptaków, które były jak z Hitchcocka! Tylko to było siedem pięter!! Naprawdę! Coś tak metafizycznego! A tam nie ma miejsca, gdzie taka liczba ptaków mogłaby się ukryć! –


Patrzyła na nas spod parasola. – I teraz, kiedy szłam na ten wywiad, też przecież była prześliczna pogoda, więc… – zamyśliła się i wyjrzała zza parasola. Potem stwierdziła, że nie ma nic więcej do dodania.


Za to my mieliśmy. Wszyscy. Jeden przez drugiego zaczęliśmy jej opowiadać o naszym pierwszym dniu zdjęciowym na cmentarzu, o ptaku śpiewającym na grobie Tyrmanda. Słuchała w skupieniu. Poszliśmy wspólnie na zasłużoną kawę. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy znowu zaświeciło słońce. Gdy mieliśmy się już rozchodzić, wspomniałam jej o moich pierwszych odwiedzinach na grobie Leopolda Tyrmanda i o tym, że przyniosłam wówczas na cmentarz małą rdzawą chryzantemę… Spojrzała na mnie tak, jakby dopiero w tym momencie naprawdę mnie zobaczyła, i pokiwała głową.


– To jak, ma pani jeszcze jakieś pytania do mnie? – zapytała. Ku mojej radości, udzieliła nam wyczerpującego wywiadu.


Dalsza realizacja filmu przebiegła bardzo sprawnie. Film ukazał się w Telewizji Polskiej pod tytułem Amerykański brzeg Leopolda Tyrmanda. Taki sam tytuł nosiło pierwsze wydanie mojej i Macieja książki, a kolejne, uzupełnione o wywiady pozyskane podczas kręcenia filmu, wyszło pod tytułem Tyrmand i Ameryka. I z tym tytułem książki jesteśmy związani. Bo dopiero po tych filmowych wywiadach książka zyskała właściwy wymiar.


*


Ale to nie koniec historii. Równo rok temu, 7 listopada 2018 roku, na gdańskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku miałam wykład o Leopoldzie Tyrmandzie. Opowiadałam o jego amerykańskim życiu i ówczesnej twórczości, wspomniałam też historię z cmentarza. Jako ilustrację do wykładu pokazywałam zdjęcia i fragmenty filmu. By całość wykładu przebiegała sprawnie, częścią techniczną, czyli przygotowaniem i prezentacją ikonografii, zajmował się mój przyjaciel Piotr. Wszystko szło idealnie, a czas szybko mijał. Ostatni fragment filmu, jaki zamierzałam pokazać, zawierał wypowiedź Mary Ellen, żony Tyrmanda, o tym, w jakich okolicznościach zmarł jej mąż. Zrobiłam do tego wstęp i poprosiłam Piotra o stosowny fragment. Jakież było moje zdziwienie – i wszystkich osób na sali – gdy na ekranie zamiast żony Tyrmanda zobaczyliśmy krótkie ujęcie z ptakiem, który przez ułamek sekundy stoi na grobie pisarza, a następnie wzbija się w powietrze. I w tym momencie kadr się zatrzymał! Cała sala aż zapiszczała z wrażenia. Pewnie część osób pomyślała, że to specjalnie przygotowany filmowy efekt. Tymczasem Piotr usiłował zmienić obraz, ale jego wysiłki były daremne. Jak się okazało, komputer się zawiesił! I ten obraz – ptaka w locie – widniał na wielkim ekranie tak długo, aż ostatni słuchacz opuścił salę. Wtedy wyłączyliśmy komputer z sieci…



M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A


Autorka przy grobie Leopolda Tyrmanda. Cmentarz na Long Island - 1992 r.

Elżbieta Czyżewska podczas udzielania wywiadu autorce w roku 1996.

(placeholder)