To nie o tym chciałam dzisiaj pisać! Miałam zaplanowaną zupełnie inną pracę, na zupełnie inny temat. Jednak wydarzenia z ostatnich dwóch dni przybrały tak zaskakujący i wyrazisty obrót, że natychmiast postanowiłam o nich opowiedzieć.


Wczoraj był szary, dość ponury, jesienny dzień. Jechałam samochodem do mojej znajomej Iwony, która poprosiła mnie, bym zawiozła ją do siedliska na Kaszubach, gdzie planowała kupić świece intencyjne. Opowiadała mi o tym miejscu i jego gospodarzu, Remigiuszu, już wcześniej, ale jakoś jej opowieści nie zapadły mi zbyt głęboko w serce. Niemniej – bez większych oczekiwań – zgodziłam się, aby przy okazji zapisała mnie na sesję energetyczną do Remigiusza. Dopiero jadąc samochodem, zastanawiałam się, z jaką intencją miałaby się odbyć zaplanowana sesja. Nigdy wcześniej nie poddałam się tego typu zabiegom bioenergoterapeutycznym, poza zabiegami mojego taty, który przez lata leczył ludzi…


Z dość beztroskich rozmyślań przeszłam niepostrzeżenie do poważnych rozważań nad osłabiającymi mnie od dłuższego czasu problemami. Dosłownie dzień wcześniej w czasie rozmowy z refleksolożką Dorotą precyzyjnie i głośno nazwałam ich istotę, a teraz nagle uświadomiłam sobie pewien mechanizm ich powstawania. To odkrycie tak mnie zdenerwowało, że aby zagłuszyć myśli, włączyłam radio. A właściwie Antyradio! I pierwszą rzeczą, którą usłyszałam, była informacja, że „dziś mamy dzień czarnego kota!”. Natychmiast się rozchmurzyłam, a złe myśli się rozproszyły.


Dojechałam pod dom Iwony. Kolorowa, rozpromieniona, wsiadła do samochodu i ruszyłyśmy w dalszą drogę, która upłynęła nam na zajmującej rozmowie. Po godzinie dojechałyśmy do Łówcza Górnego. Gdyby nie pewność Iwony, dokąd zmierzamy, sama raczej nie znalazłabym celu naszej wyprawy – ukrytego między pagórkami siedliska. Wjechałyśmy na jego teren dokładnie o 11.44, co Iwona uwieczniła, robiąc zdjęcie ekranu telefonu. Obie uznałyśmy, że to dobra godzina, aby zacząć ważną wizytę.


Remigiusz przywitał nas szerokim uśmiechem. Ciekawie wyglądał, stojąc na bosaka przed domem przy temperaturze około 4 stopni C, w tęczowym swetrze i kolorowych spodniach. Wszyscy troje weszliśmy do środka jego mieszkania, które urządził nadzwyczaj przytulnie i w wielkim kontraście do surowych, kamiennych murów dawnej obory, przerobionej na przestrzeń mieszkalną. Na stole pełnym kryształów płonęły świece, ich blask ocieplał wnętrze i wypełniał je zapachem lasu. Jak się potem okazało, były to właśnie świece intencyjne, które produkuje sam gospodarz. Jednak całą moją uwagę przykuł czarny kot siedzący na środku łóżka do masażu… Dał się pogłaskać. Zrobiłam mu parę zdjęć i rozesłałam do przyjaciół wraz z dobrą energią – jak przystało w Dniu Czarnego Kota. Weles, bo tak ma na imię, spokojnie znosił sesję fotograficzną. Ale kiedy Remigiusz zwrócił się do mnie i zadał pytanie: „Z czym przyjechałaś?”, kot zeskoczył i gdzieś się schował, jakby zrozumiał, że jego czas minął. Nadszedł mój.


Iwona poszła na energetyzujący spacer po polach, a ja – zaskoczona własną otwartością – zaczęłam mówić, co leży mi na duszy i z jaką intencją przyjechałam. Powiedziałam odważnie, że mam dość tego, że od lat zawłaszczana jest moja praca… Że sama pozwalam na to, aby inni przywłaszczyli sobie prawo do podpisywania się jako autorzy pod moimi projektami – bardzo, bardzo różnymi projektami... I że od lat bywam wykluczana z projektów, które tworzę, a które odnoszą sukcesy… Pierwszy raz przy kimś obcym głośno powiedziałam (a teraz to piszę), że nie ma już we mnie zgody na takie sytuacje… Moją prośbą do Wszechświata jest to, aby nie powtarzał więcej bolesnego dla mnie schematu.


Poza tym stale jestem rozdarta między „fizycznym” a „ezoterycznym” światem i nie wiem, czy nie powinnam zrezygnować z opisywania doświadczeń ezoterycznych i poświęcić się bardziej „przyziemnym” projektom. Chociaż – zgodnie z moimi dotychczasowymi doświadczeniami – także teraz, kiedy pracuję nad kolejną książką biograficzną, tym razem o Maćku Kosycarzu, zachodzą trudne do wyjaśnienia zdarzenia, które odbieram jako jego wsparcie zza światów… Ale dawno nie opisywałam takich doświadczeń.


Remigiusz zapalił kolejną świeczkę. Chodził, a właściwie dreptał wzdłuż łóżka do masażu, w końcu poprosił mnie, abym się na nim położyła z zamkniętymi oczami. Ledwie się ułożyłam i zostałam przykryta ciepłym, kolorowym kocem, kiedy poczułam, jak wskoczył na mnie kot! Tym razem była to, jak poinformował mnie Remigiusz, kotka o imieniu Moja, która usadowiła się na moich kolanach. Przedziwne uczucie!


Sesja trwała pełną godzinę. Byłam głęboko skupiona. Przed oczami przesuwały mi się różne sceny, większość związana z zagadnieniami, którymi dzieliłam się niedawno z gospodarzem. Po zakończeniu sesji usiadłam na łóżku i chwilę rozmawialiśmy. Remigiusz powiedział, że jeśli naprawdę jestem gotowa na zmiany w swoim życiu, ta sesja pomoże w ich wywołaniu, ale dodatkowo mam wieczorem zapalić świeczkę intencyjną i wyraźnie wypowiedzieć nurtujące mnie pytania. Zapewnił, że odpowiedzi przyjdą do mnie ze Wszechświata jako bardzo czytelne znaki. Tak się złożyło, że dwa dni wcześniej zaczęłam czytać książkę Simran Singh zatytułowaną „Rozmowy z Wszechświatem”, więc ta zbieżność od razu mi się spodobała!


Iwona wróciła ze spaceru. Każda z nas wybrała po kilka świec intencyjnych, a Remigiusz powiedział parę słów o ich właściwościach. Wracałyśmy do domu, obie – wbrew aurze – przepełnione radością. Rozmawiałyśmy o tym uczuciu, a także o tym, jak dobrze się stało, że nasze życiowe drogi się skrzyżowały! W Gdyni zostałam jeszcze zaproszona na smakowity obiad, który przyrządził mąż Iwony, Marian. Na deser Iwona zafundowała mi delikatny masaż motyla, więc rozgościłam się u nich na parę godzin! To jeden z tych domów, w którym panuje tak dobra energia, że trudno z niego wyjść… Gospodarze od dawna rozpostarli ezoteryczne skrzydła! Marian maluje energetyczne obrazy, a Iwona stale angażuje się w akcje budzące w ludziach samoświadomość.


Wieczorem, już u siebie w domu, zapaliłam świecę intencyjną i zadałam Wszechświatowi konkretne pytanie: „Czy mam kontynuować tematy ezoteryczne?”. Inne problemy zostawiłam na później, bo wiem, że najpierw muszę sprecyzować związane z nimi trudne pytania… W pokoju roznosił się błogi zapach trawy cytrynowej.



*

Tak mogłabym zakończyć tę relację. Jednak głębszy sens nabiera ona dopiero w świetle wydarzeń dzisiejszego dnia…


Wstałam naprawdę wcześnie. Ku mojej radości, świeciło słońce. Pomyślałam, że lubię jesień! Usiłowałam przypomnieć sobie sny. Miałam uczucie, że były dość trudne, ale nie pamiętam ich dokładnej treści. Jak przez mgłę odtwarzałam poplątane wątki, aż doszłam do wniosku, że skoro nie mogę ich poskładać, to tym bardziej nie mogę szukać ich głębszego znaczenia.


Szybko wyszykowałam się do wyjścia, gdyż byłam umówiona w moim domu na wsi z architektką Ewą. Jechałam ostrożnie, bo słońce zaczęło się chować za chmury i całą drogę mżyło. Pani Ewa przyjechała punktualnie. Jest racjonalna, konkretna i bardzo poukładana. Lubię jej uśmiech i styl. Zauważyłam, że ma mocno rozjaśniony kolor włosów, ale bardzo jej pasował, więc go pochwaliłam. Pani Ewa grzecznie podziękowała za komplement.


Miałyśmy sporo do omówienia. Zaparzyłam kawę i kiedy zaczęłyśmy rozmawiać, zadzwonił mój telefon. To była Iwona, do której wcześniej napisałam wiadomość, że po wczorajszej wycieczce zostawiałam u niej w domu swój termos. Odebrałam połączenie. Iwona powiedziała, że u nich w domu nie ma termosu, ale, jak ustaliła, zostawiałam go u Remigiusza! „Widać masz tam wrócić” – dodała. Obie się roześmiałyśmy i uzgodniłyśmy, że pojedziemy po niego wspólnie. Przeprosiłam panią Ewę za tę przerwę i wspomniałam o mojej wczorajszej wycieczce…


– Ooo, to stamtąd przysłała mi pani zdjęcie tego czarnego kota? – zapytała.


– Tak – odpowiedziałam. Przyznaję, że pani odpowiedź szczerze mnie zaskoczyła. Potrzebuje pani „dobrej energii Czarnego Kota”? To brzmiało jak tajemnica.


– Cóż – zaczęła pani Ewa – jestem racjonalnym inżynierem, jednak ostanie zdarzenia mocno mnie wybiły z pewnego komfortu. Zupełnie nie wiem, jak wyjaśnić niedawne zajście…


– A może przytrafiło się pani coś ezoterycznego? – zapytałam niemal bezwiednie. I patrząc na jej zakłopotaną minę, zaczęłam opowiadać o swoich ezoterycznych doświadczeniach. Właściwie nie wiem, co mnie napadło… Mówiłam jak nakręcona. Choć odważyłam się opublikować część z nich na swoim blogu, to przecież nie mam w zwyczaju opowiadania o ezoteryce, zwłaszcza nowo poznanym osobom! Uznałam kiedyś, że w necie trafiają na te opowiadania-relacje głównie ludzie, którzy są zainteresowani tym tematem.


Po dłuższej chwili, kiedy to ja mówiłam, odezwała się pani Ewa:


– Chętnie wyjaśnię Pani swoją odpowiedź… A przy okazji powód nowego koloru włosów – zakończyła z uśmiechem.


Od tej chwili nasza rozmowa, która miała dotyczyć wystroju wnętrz, potoczyła się w zupełnie innym kierunku... Kiedy zorientowałam się, że będzie to opowieść z elementem ezoterycznym, zapytałam, czy mogę nagrywać. Pani Ewa zgodziła się bez wahania. Zaczęła od słów, że ta historia ma elementy humorystyczne i tak też opowiada ją znajomym – chyba głównie po to, by oswoić niezrozumiałe dla siebie zdarzenia…


Otóż tydzień temu wybrała się do fryzjera w Gdyni, choć mieszka w Gdańsku. Kiedy siedziała już z farbą na głowie, zadzwoniła do niej córka Ania i powiedziała, że ktoś obcy chodzi po domu. Jak się okazało, córka zadzwoniła nie tylko do niej, ale także na policję, której powiedziała, że ma trzynaście lat, jest w domu sama, nikogo poza nią w nim nie ma, a ona wyraźnie słyszy kroki kogoś chodzącego po mieszkaniu, że uciekła na balkon i będzie czekała, aż ktoś z nich przyjedzie. Przez telefon zapowiedziała mamie, że w razie czego będzie się ewakuowała z balkonu, bo kiedy już stanęła na balkonie, ktoś usiłował otworzyć drzwi do jej pokoju… Pani Ewa, nie tracąc ani chwili, z farbą na głowie, wsiadła do samochodu. Po głosie Ani wiedziała, że dziewczynka jest naprawdę przerażona.


Też była mocno zdenerwowana, ale po drodze racjonalizowała sytuację. Pomyślała, że córka, która ma wrażliwy słuch, zapewne usłyszała jakieś nietypowe dzięki dochodzące od sąsiadów – a ponieważ dom jest szeregowy, zdało się to najlepszym wytłumaczeniem sytuacji. Obawiała się jednak, że dziewczynka przemarznie na tym balkonie, więc zależało jej, aby dotrzeć do domu jak najszybciej. Opowiada:


– Jadąc, obdzwoniłam sąsiadów… Na szczęście mogę na nich liczyć. Jeden z sąsiadów wszedł do naszego ogródka, drugi wraz z małżonką stanął przed domem i oboje patrzyli, czy coś się nie dzieje. Wszyscy czekali na policję. Niestety, do sąsiada, który ma nasze klucze, akurat nie mogłam się dodzwonić. Na ratunek pospieszyli też moi rodzice, no i w końcu dojechałam ja sama.


Pani Ewa razem z jednym z sąsiadów obeszła cały dom. Otworzyli wszystkie szafy, zajrzeli we wszystkie zakamarki i stwierdzili z całą pewnością, że nikogo tam nie było. Policja się nie pojawiła, mimo to pani Ewa zadzwoniła i odwołała ewentualną interwencję. Skonstatowała ze smutkiem, że policja zlekceważyła wezwanie córki. Podziękowała sąsiadom za zaangażowanie i wraz z rodzicami i Anią zasiedli przy stole na parterze, aby ochłonąć i wspólnie wypić kawę. Dziewczynka nie mogła się wyciszyć i wielokrotnie powtarzała, że to na pewno nie był wytwór jej wyobraźni, tylko fatycznie ktoś chodził po ich domu. Czuła się niekomfortowo z tym, że wszyscy uznają, iż sobie coś uroiła…


Czas płynął, w końcu pani Ewa stwierdziła, że farba już chyba wżarła się jej w głowę. Wszyscy się roześmiali, Ania zaczęła się uspokajać, rozmowa przybierała inny kierunek i właśnie wtedy, nagle, na piętrze rozległ się wyraźny odgłos kroków…


– Ktoś tam chodził, a po chwili zaczął otwierać drzwi do pokoju mojej córki! To jest bardzo charakterystyczny dźwięk! Dźwięk, którego nie można z niczym pomylić. Wręcz nie do podrobienia. Jakiś czas temu Ania rozlała wodę na parkiet i w okolicy drzwi zrobiło się wybrzuszenie – kiedy przesuwa się drzwi, w całym domu słychać właśnie ten charakterystyczny dźwięk, do tego dochodzi jakby odgłos zasysanego powietrza. No, nie do podrobienia!!! Więc to na pewno był odgłos otwierania drzwi do jej pokoju! Zrobiliśmy z tatą wielkie oczy i bezszelestnie poszliśmy na górę… Znowu przejrzeliśmy cały dom, wszystkie szafy i szuflady! Ale niczego i nikogo nie znaleźliśmy. Od tego czasu minął tydzień i – jak dotychczas – to się na szczęście nie powtórzyło. Nie wiem, doprawdy, jak mam to wytłumaczyć… Jedyne, co zrozumiałe, to kolor moich włosów, bo farbę zmyłam dopiero wieczorem… I kiedy pani przysłała mi sms-a z fotografią czarnego kota, pomyślałam, że to wszystko ma w sobie element tajemnicy, który przypisuje się czarnym kotom, dlatego tak pani odpisałam. W tamtym momencie czułam, że ta historia ma inny wymiar. Uważam się za racjonalną osobę, pani także jest racjonalna, jednak niech pani nie rezygnuje z opisywania takich zdarzeń, bo ludzie tacy jak ja, kiedy doświadczają niewytłumaczalnego, obawiają się, że tracą zmysły!


Pani Ewa wielokrotnie powtarzała, że ani ona, ani jej rodzina nie umieją wytłumaczyć tego, co zaszło. Cóż, to zrozumiała reakcja ludzi, którzy do tej pory postrzegali świat jedynie w trzech wymiarach. Za to dla mnie ta historia jest dość prosta do wyjaśnienia, wystarczy spojrzeć na nią przez nieco inny pryzmat… Relacje o duchach urzędujących w domach to pokaźna część literatury ezoterycznej. Manifestowanie się w naszym, fizycznym świecie istot duchowych zawsze ma jakieś powody. I tylko ten aspekt – to znaczy powód „odwiedzin” – jest tutaj tajemnicą. Może to być duch osoby związanej z tym miejscem, i do tego przybył w określony, ważny dla niego dzień, albo też energia kogoś, kto został w jakiś sposób wezwany… Z rozmowy z panią Ewą wywnioskowałam, że jej córka, Ania, jest osobą sensytywną, a nawiedzenie domu zaistniało, kiedy dziewczynka była w domu sama… Gdyby nastąpił ciąg dalszy, na pewno o tym napiszę.

Całe to zajście zinterpretowałam także jako precyzyjną odpowiedź Wszechświata skierowaną wprost do mnie – abym nadal opisywała „takie” historie! Abym nie porzucała relacjonowania zdarzeń, które można wytłumaczyć na przykład istnieniem świata równoległego (albo światów równoległych)… Zadałam przecież pytanie Wszechświatowi, a spotkanie z panią Ewą, opisującą mi swoje ezoteryczne przeżycia, doprawy trudno inaczej odebrać!


Simran Singh napisała: „Postanowiłam dać sobie czas i miejsce na to, żeby się przekonać, czy otrzymam jasną odpowiedź na pytanie, które ciągle pojawiało się w mojej głowie – Czy Wszechświat próbuje za mną rozmawiać? Prosiłam o doświadczenie, potwierdzenie i kontakt. I to właśnie dostałam” (Rozmowy z Wszechświatem. Wszystko, co nas otacza, nieustannie do nas przemawia, przekł. Monika Kowalska, Wydawnictwo Biały Wiatr, Rzeszów 2015, s. 26). Mogę powiedzieć dokładnie to samo!


Usiadłam zatem do komputera i napisałam powyższy tekst. I teraz bardziej ufnie będę zapalała intencyjne świece, kierując precyzyjne pytania do Wszechświata. Wiem, że warto!


*

Ostatni tekst ezoteryczny napisałam dość dawno temu. A ten dokończyłam i wysłałam do pani Ewy (z pytaniem, czy wyraża zgodę na opisanie swojej historii) 21 listopada, czyli w imieniny mojego taty… Zwróciłam na to uwagę dopiero parę dni później. Mama miała rację, mówiąc mi kiedyś, że tata „odzywa się” w okolicy swoich imienin… Nie mam wątpliwości co do tego, że i on chciałby, abym nadal opisywała takie historie.

Dzień czarnego kota

M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A


M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A


M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A


M

O

J

E


O

P

O

W

I

A

D

A

N

I

A


Remigiusz i kot Weles

Kot Moja wspiera sesję energetyczną

Remigiusz i Iwona

Okolice Łówcza Górnego

(placeholder)

KOMENTARZE  (kliknij na imię, aby zobaczyć lub ukryć komentarz)

Autorka